Różne są sposoby na upamiętnienie dziesiątej rocznicy śmierci Abbasa Kiarostamiego. Znany z dbałości o filmową klasykę festiwal Bergamo Film Meeting zorganizował w marcu retrospektywę twórczości mistrza. Niedługo później amerykańscy żołnierze zbombardowali natomiast jego teherański dom. Nawet jeśli decydenci z Pentagonu przekonują, że była to po prostu kolejna z tragicznych wojennych "pomyłek", trudno nie dostrzec w niej czegoś symbolicznego. Jedne z najważniejszych dzieł Kiarostamiego, ochrzczone przez zachodnich badaczy jako "trylogia Koker", krążą w końcu wokół pojęcia domu – jego poszukiwania, a później utraty. Choć w tamtych filmach za ból Irańczyków odpowiadała katastrofa naturalna w postaci trzęsienia ziemi, a dziś cierpienie przynoszą im bomby zrzucane przez obce mocarstwa, jedno pozostaje niezmienne. Kino Kiarostamiego, zarówno dawniej, jak i dziś, daje się odczytać jako wyraz podziwu wobec narodu, który rzuca wyzwanie absurdowi i ucieka od niego w świat codziennych rytuałów. Na przekór wszystkiemu wierzy również, że – by przywołać tytuł środkowej części trylogii – "życie trwa dalej". Jeśli od czasu śmierci reżysera cokolwiek się zmieniło, to chyba tyle, że jego przekaz stał się tylko jeszcze bardziej uniwersalny. Nawet w nieporównywalnie bardziej spokojnych rejonach globu niż Bliski Wschód, czujemy w końcu coraz większe zmęczenie niestabilną teraźniejszością i rosnący niepokój o jutro. Kino Kiarostamiego nie mami nas naiwną obietnicą uśmierzenia tych lęków. Pozwala jednak mieć nadzieję, że jeszcze nie wszystko stracone, a porządek świata, który odbieramy jako opresyjny, nie musi być nam dany raz na zawsze.Okiwać losBijąca z filmów irańskiego mistrza i licznych kontynuatorów jego twórczości dziecięca z ducha wiara w możliwość ominięcia albo renegocjacji reguł rządzących rzeczywistością bywa tyleż nęcąca, co zwodnicza. Zwłaszcza że buntowniczej z ducha treści towarzyszy zwykle równie radykalna forma, której osobliwość polega, przynajmniej na pierwszy rzut oka, na zredukowaniu do minimum tradycyjnie rozumianej akcji. "Dzieci niebios"Przekonałem się o tym na własnej skórze, gdy jako dziewięciolatek zostałem przytargany za ucho przez nauczycielkę do jednego z wrocławskich kin na seans "Dzieci niebios" (1997) Majida Majidiego. Pozornie miało to sens – bohater był przecież mniej więcej w moim wieku. Dręczący go problem – związany ze zgubieniem butów siostry i koniecznością samodzielnego zorganizowania dla niej nowej pary – wydał mi się jednak bardziej egzotyczny niż perypetie postaci z oglądanego w podobnym czasie "Mrocznego widma" (1999). Nie inaczej byłoby zapewne, gdybym zamiast "Dzieci niebios" obejrzał wtedy "Gdzie jest dom mojego przyjaciela?" (1987) Kiarostamiego. Ten film opiera się przecież na niemal identycznej i równie wątłej ramie fabularnej – różnica polega jedynie na tym, że siostrę zastępuje w nim kolega z klasy, a zamiast butów bohater musi zdobyć szkolny zeszyt. Traf chciał jednak, że po latach to właśnie Kiarostami odczarował dla mnie kino irańskie, które po niefortunnym spotkaniu z "Dziećmi niebios" traktowałem jako synonim bezbrzeżnej nudy. Obejrzane już w nieco dojrzalszym wieku "Gdzie jest dom…?" pozwoliło mi zrozumieć, że brak akcji jest w najlepszych filmach irańskiego reżysera wyłącznie pozorny. Mistrzostwo Kiarostamiego polega między innymi na umiejętności nasycenia paradokumentalnych fabuł symboliką i zgrabnego wpisania ich w struktury mitu. "Gdzie jest dom…?" stanowi idealną realizację tej właśnie strategii. "Gdzie jest dom..."Wyruszenie w wędrówkę do sąsiedniej wioski stanowi dla dziecięcego bohatera skromny odpowiednik baśniowej wyprawy do innego świata. W obu przypadkach prawdziwym celem podróży – pełnej przygód, opartej na ciągłym błądzeniu i poddawaniu się niezliczonym próbom – okazuje się samopoznanie. W przypadku Ahmeda z "Gdzie jest dom…?" prowadzi ono do uświadomienia sobie wewnętrznej siły. Niepozorny chłopiec na naszych oczach przeistacza się w pewnego siebie młodzieńca, który – wbrew namowom dorosłych – zamiast egoistycznie skupić się na swoich potrzebach, wybiera solidarność wobec młodszego kolegi. Pod tym względem Ahmed jest zresztą typowym bohaterem Kiarostamiego. W działającym trochę na opak świecie irańskiego reżysera to dzieci wiedzą więcej od dorosłych; są dla nich przewodnikami, lepiej rozumieją świat i bywają bardziej moralne. Od tej reguły zdarzają się jednak wyjątki. Jeden z nich stanowi Quassem z "Podróżnika" (1974), znakomitego filmu zrealizowanego przez Kiarostamiego na początku kariery, jeszcze przed Rewolucją Islamską. Tytułowy bohater jest chłopcem z prowincji, który fascynuje się futbolem i pragnie za wszelką cenę pojechać do Teheranu, by zobaczyć na własne oczy piłkarski szlagier. Nie mogąc liczyć na pomoc rodziców, którzy traktują go jak zło koniecznie, Quassem – trochę jak Antoine Doinel z "Czterystu batów" (1959) Truffauta – postanawia zrealizować swoje plany za wszelką cenę i tym sposobem wkracza na drogę oszustwa. Zdeterminowany, by osiągnąć cel, nie zauważa, że wykorzystując przewagę nad młodszymi dziećmi i żerując na ich naiwności, zaczyna postępować identycznie jak lekceważący go dorośli. "Podróżnik"Mimo wszystko Kiarostami stosuje jednak wobec Quassema taryfę ulgową. Okoliczność łagodząca stanowi z pewnością napędzająca jego zachowanie pasja. Fakt, że dotyczy akurat futbolu, raczej nie jest przypadkowy. Obraz chłopca, który kopie udającą piłkę puszkę po napoju, otwiera w końcu debiutancki film Kiarostamiego – krótkometrażowe "The Bread and Alley" (1970). Przepełniająca tę scenę – i chwilę później wyraźnie zakwestionowana – aura sielskości i poczucia jedności ze światem będzie budzić skojarzenia z futbolem także w dojrzalszych filmach reżysera. Doskonale widać to w "A życie trwa dalej" (1991). Gdyby pokusić się o złośliwość, można powiedzieć, że opowieść, w której pocieszenie po tragedii przynosi bohaterom możliwość obejrzenia mundialu w telewizji, idealnie podsumowuje ostatnie dokonania polskich piłkarzy. W trakcie seansu skłonność do gorzkiej ironii szybko ustępuje jednak miejsca autentycznemu wzruszeniu. Nie może być inaczej, jeśli w kluczowym momencie filmu będący alter ego Kiarostamiego reżyser słyszy od mieszkańca zniszczonej przez trzęsienie ziemi wioski, że wszyscy ocalali zbierają się w jednym z domów, żeby obejrzeć mecz mistrzostw świata. W świecie dotkniętym przez katastrofę sportowe widowisko w cudowny sposób przekracza swoje ograniczenia i staje się czymś więcej niż tylko wielkim, telewizyjnym spektaklem. Dla członków lokalnej społeczności stanowi wyraz ciągłości między światem przed i po katastrofie, pozwala im też poczuć się częścią większej, globalnej całości, a nawet przedefiniować swoją tożsamość. Przynajmniej na dziewięćdziesiąt minut – plus to, co doliczy sędzia – bohaterowie stają się nie tylko ofiarami katastrofy, lecz także zaangażowanymi emocjonalnie kibicami. "A życie trwa dalej"Pod tym względem "A życie trwa dalej" wybrzmiewa dziś niezwykle aktualnie. Jeśli reprezentacja Iranu ostatecznie weźmie udział w tegorocznym mundialu, pamięć o ludziach z Koker i okolic sprawi, że trudno będzie nie kibicować jej z całego serca.Prawdy ekranuW świecie Kiarostamiego piłka nożna stanowi idealny pretekst do zacierania granicy między sacrum a profanum. Podobną rolę pełni także samo kino. Jego potencjał bywa jeszcze większy – choć jak to zwykle bywa z silnymi zaklęciami – łatwo wymyka się spod kontroli. Autotematyczny proces nauki obchodzenia się z własną mocą stanowi jeden z najważniejszych tematów wieńczącego "Trylogię Koker" filmu "Pod oliwkami" (1994). "Pod oliwkami"W początkowych scenach obserwujemy członków ekipy filmowej, którzy wydają się zaślepieni własną wizją. Na ich usprawiedliwienie trzeba dodać, że mają na wyciągnięcie ręki dobry materiał: scenę, w której młodzi małżonkowie decydują się pobrać mimo żałoby obowiązującej w wiosce z powodu trzęsienia ziemi. Niestety wcielający się w pana młodego Hossein psuje cały efekt; wydaje się rozkojarzony i nie potrafi zapamiętać nawet najprostszych kwestii. Okazuje się jednak, że jego trema wynika z czegoś dużo bardziej wzniosłego niż zwykły brak doświadczenia przed kamerą. Hossein jest autentycznie zakochany w swojej ekranowej partnerce. Tahereh pochodzi jednak z wyższej warstwy społecznej i w "prawdziwym życiu", przestrzegana przez stojącą na straży obowiązujących hierarchii rodzinę, pozostaje głucha na awanse chłopaka. Hossein traktuje wspólny występ przed kamerą jako jedyną okazję do nawiązania kontaktu z dziewczyną i nic dziwnego, że jest tym zainteresowany znacznie bardziej niż powodzeniem filmu. Rzeczywistość okazuje się tym samym dużo ciekawsza od fikcji. Pytanie tylko, czy skupiony na realizacji swojego dzieła reżyser będzie w stanie to zrozumieć i zaakceptować? Zatarcie granicy między prawdą a zmyśleniem stanowi także główny temat "Zbliżenia" (1990). Człowiekiem odpowiedzialnym za pomieszanie tych dwóch porządków okazuje się teherański kinoman Hossain Sabizian. Gdy mężczyzna zostaje przypadkowo wzięty przez przedstawicielkę lokalnej burżuazji za filmowca Mohsena Makhmalbafa, początkowo postanawia po prostu nie wyprowadzać jej z błędu. Z biegiem czasu dostrzega jednak w tej pomyłce szansę na realizację odwiecznego marzenia. Podszywając się pod słynnego reżysera, proponuje nowym znajomym realizację filmu z ich udziałem. Chęć oddania się pasji i przeżycia przygody w konsekwencji skłania go do złamania prawa. Brzmi znajomo? Sabizian ma tego świadomość i w jednej z najważniejszych scen tego osobliwego paradokumentu tłumaczy stojącemu za kamerą Kiarostamiemu, że jest tak naprawdę dorosłą wersją chłopca, którego losy filmowiec przedstawił przed laty w "Podróżniku". "Zbliżenia"Być może właśnie ta rozbrajająca samoświadomość ostatecznie ratuje Sabiziana w oczach filmowca. Kiarostami, choć pokazuje, że miłość do kina bywa toksyczna, kręcąc swój film ostatecznie pomaga przecież bohaterowi. W rozmowie przed kamerą fałszywy reżyser ma szansę przedstawić swoją perspektywę i przekonać opinię publiczną, że – wbrew obiegowym opiniom – chodziło mu o coś zupełnie innego niż wyłudzenie pieniędzy od lokalnych bogaczy. Dzięki "Zbliżeniu" Sabizian zyskuje również szansę, by poznać wreszcie swojego idola. Kiarostami aranżuje jednak to spotkanie w konkretnym celu – Mohsen Makhmalbaf pojawia się u boku bohatera, by podwieźć go na motorze do domu ofiar, gdzie oszust ma się ukorzyć i prosić o wybaczenie. Potęga smakuWykorzystanie Makhmalbafa jako posłańca, który pomaga przywrócić świat na dobre tory, stanowi niezwykle symboliczny gest. Reżyser "Zbliżenia" wydaje się podkreślać, że kino nigdy nie może stawiać się ponad życiem i okazuje się najpiękniejsze wtedy, gdy podchodzi do niego z pokorą. Założenie to szlachetne, ale jednocześnie trudne do realizacji w praktyce. Najlepszy dowód stanowią kontrowersje wokół samego reżysera. Kilka lat po śmierci Kiarostamiego artystka grająca jedną z ról w filmie "Dziesięć" (2002) wysunęła pod jego adresem poważne oskarżenia o plagiat i inne nadużycia. Abbas KiarostamiHistoria ta kładzie się cieniem na dorobku irańskiego mistrza, ale z całą pewnością go nie unieważnia. Podstawowe przesłanie Kiarostamiego – wyrażone choćby w "Smaku wiśni" (1997) – opiera się przecież na przekonaniu, że życie należy doceniać pomimo charakteryzujących je niedoskonałości. W nagrodzonym Złotą Palmą filmie mówi się o tym może nieco zbyt wprost, w sposób momentami przypominający ostentację późnego Kieślowskiego. Nie zmienia to jednak faktu, że moment, kiedy przypadkowo spotkany przez ogarniętego kryzysem psychicznym bohatera mężczyzna opowiada mu o drobiazgach, które odwiodły go od samobójstwa, ma w sobie niezaprzeczalną siłę. "Smak wiśni"Samo kino Kiarostamiego pełne jest niepozornych momentów, które działają na odbiorcę niczym trudny do zdefiniowania, ale napełniający błogością "smak wiśni". Wystarczy wspomnieć sekwencję w "Uniesie nas wiatr" (1999), w której bohater – inteligent z Teheranu – nieudolnie usiłuje złapać zasięg telefoniczny w kurdyjskiej wiosce. Albo scenę, w której Hossein z "Pod oliwkami" poznaje odpowiedź ukochanej na swoje awanse, ale kamera taktownie odjeżdża od bohaterów tak daleko, żebyśmy nie usłyszeli ani jednego słowa. Moje najpiękniejsze tego rodzaju wspomnienie – co na pewno spodobałoby się Kiarostamiemu – ma jednak związek nie z kinem, ale z okołofilmową rzeczywistością. Tuż po seansie "Smaku wiśni" na festiwalu w Bergamo tłum ludzi skierował się w stronę toalety. Grupa obcych osób czekała na swoją kolej w milczeniu, aż w końcu jeden z widzów zaczął z nudów pogwizdywać – towarzyszącą napisom końcowym melodię bluesowego standardu "St. James Infirmary". Po chwili ktoś do niego dołączył, kilka innych osób uśmiechnęło się z aprobatą. Gdzieś w głębi duszy chyba wszyscy poczuliśmy, że seans tak naprawdę wcale się nie skończył, zaraz nie wiadomo skąd wyłoni się ekipa filmowa i okaże się, że tak naprawdę wszyscy gramy w filmie Kiarostamiego. Tekst powstał przy okazji retrospektywy Abbasa Kiarostamiego zorganizowanej przez festiwal w Bergamo w dziesiątą rocznicę śmierci reżysera. Przegląd odbył się podczas 44. edycji festiwalu, jednym z gości wydarzenia był syn twórcy, Ahmad Kiarostami . Więcej artykułów przeczytacie w dziale "Publicystyka" TUTAJ.